Bitwa o Warszawę - część 2
- 4 kwi 2018
- 3 minut(y) czytania

Jesteśmy więc na 10 km. Międzyczas nieco poniżej 10 km, czyli zapas, ale nieduży. Do tego momentu bieg nie miał zbyt wielkiej historii, ale prawdziwe schody dopiero miały się zacząć...
Kolejne 2, 3 km pokonujemy w stałym, równym tempie. Mimo, że temperatura nie jest zbyt wysoka, to Słońce powoli daje o sobie znać i coraz mocniej praży. W międzyczasie mijamy punkty kibicowania kolejnych funacji - na początku wspartej przeze mnie Dajemy Dzieciom Siłę, potem WWF, gdzie zbijam piątkę z jedną pandą (?). :) Tempo, ani przez moment nie jest wolniejsze niż zakładane 3'49''. Prawdziwe show przygotowali jednak wolonatriusze z Rak N'Roll. Na prawie stu metrach rozciąnięci kibice z transparentami, balonikami i trąbkami, aż chciało się biec. Tutaj też mimo niesamowitej atmosfery powoli przestawało być miło i komfortowo. Nogi były coraz cięższe i utrzymanie tempa było już sporym wysiłkiem. Na 15 km łykam żel i popijam go wodą, żeby zapobiec kolce, to jest ostatnia rzezcz, która przydałaby mi się w tym momencie wyścigu. Przestaję praktycznie czuć moc w nogach, ale w odróżnieniu od startu w Szczecinie, ani przez moment nie przeszło mi przez głowę, żeby zwolnić i puścić grupę. Starałem się odpłynąć gdzieś myślami, chociaż na chwilkę i odliczać, jak niedużo zostało do mety. 15 km to międzyczas nieco poniżej 57 min. Nie ma już innej możliwości, muszę powoli, sukcesywnie przyspieszać, mimo że bardziej mam wrażenie, że włóczę nogami, a nie biegnę. Z naszej grupy urywa się 2 chłopaków. Mocno styrany ruszam za nimi. Wiem, że nie utrzymam tempa jakie narzucili do mety, ale chcę urwać parę sekund, aby mieć chociaż przez chwilę komfort psychiczny. Tak się dzieje, 17 km pokonujemy w 3'37''. Postanawiam puścić wspomnianę dwójkę i nieco zwolnić do tempa w okolicach 3'45''.

W tym też momencie zaczyna się najtrudniejszy fragment trasy - blisko 4-kilometrowa prosta, która zdaje się nie mieć końca. Teraz jest już mi wszystko jedno. Po prostu zwieszam głowę i cisnę po swoje. Po marzenie, jakim jest rozmienienie tych 80 minut. Stoniowo mijam kolejnych oddychających rękawami biegaczy. Skupiam się na trzymaniu tempa, nie oglądam się za siebie, przestaję zwracać uwagę na kibiców. Moje małe męczarnie przerwane zostają na moment, kiedy na przedostatnim kilometrze wbiegamy do tunelu na Wiłostradzie, gdzie chociaż przez parę minut możemy się uchronić przed promieniami słońca. Analizując międzyczasy po biegu, okazało się, że ten kluczowy odcinek między 15 a 20 km pokonałem w 18:39.
Wybiegając z tunelu widzę przed sobą ostatnią przeszkodę w drodze do mety - podbieg. Pokonuję go błyskawicznie, ale to nie koniec. Ostatnie 800m to baaardzo długa prosta. W zasięgu wzroku mam bramę mety, ale zbliżanie się do niej trwa wieczność. Mijają kolejne sekundy, przestaję zerkać na zegarek. Zamykam oczy i cisnę do ocięcia.
Wbiegam na matę końcową - kątem oka widzę na zegarze 1:19:41 i padam na mordę. :) Tak mocno nie finiszowałem dawno. Zbijam piątkę z biegaczem, który cisnął ze mną ramię w ramię na ostatnich 3 km. Gdzieś ledwo żywy zostaję zaczepiony przez ekipę Fundacji, którą wsparłem. Cyk, pamiątkowa fota i mogę udać się, żeby ochłonąć.

Dostaję smsa - czas netto 1:19:35, czyli bariera złamana z dużym zapasem. Można świętować. :) Udowodniłem sobie, że jestem w stanie pobiec półmaraton na miarę swoich możliwości, mimo, że był to chyba mój najtrudniejszy start. Nie oglądam się na innych, kto ile poprawił swoją życiówkę. Dla mnie najważniejsze są moje postępy.
Gdańsk 2016 - 1:28:52 ---> Gdynia 2017 - 1:24:15 ---> Szczecin 2017 - 1:23:02 ---> Warszawa 2018 - 1:19:35. Jest moc!
Osiadać na laurach na pewno nie zamierzam. 26 maja wracam po roku do Bydgoszczy. Zobaczymy co uda się urwać na moją ulubioną dyszkę. Trzymajta kciuki! :)





















Komentarze